Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/251

Ta strona została przepisana.


tego mogła trwać dwie, trzy, niechby cztery godziny.
Oczywiście, takiego znacznego gościa i z takim zamiarem przybyłego, na sucho się nie wypuszcza, tem bardziej, że i sama rzecz dłuższego pomówienia wymaga.
O pieniądzach może być gawęda, o posagu, o przyszłej siedzibie młodych państwa, o term inie ślubu, jak zwykle w takich okolicznościach.
Ojcowie radzą o dzieciach, a postanawiają z namysłem dużym, z rozwagą.
Zaledwie jednak godzina upłynęła od chwili wyjazdu, ogniste kasztany ukazały się znowu na dziedzińcu.
Gerwazy wysiadł z sanek i do stancyi wszedł w futrze, w czapce, z laską w ręku — wszedł, nie zdejmując zwierzchniego ubrania, usiadł przy stole i widokiem swoim żonę przeraził.
Twarz jego była nie czerwona, ale sina, oczy szeroko otwarte, na ustach uśmiech ja kiś niewymownie przykry.
Kobieta rzuciła się ku niemu z rozpaczą.
— Gerwazy, mężu... co tobie?
Nie odpowiadał.