Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/253

Ta strona została przepisana.


a dużo, choćby kwartę, bo mi nieswojo... niedobrze.
Pobiegła po wodę i podała mężowi drżącemi rękami.
Pił chciwie, długo, wreszcie rzekł:
— Położę się...
Zataczając się, do drugiej stancyi wyszedł. Tekla chustkę tylko na głowę zarzuciwszy, do stajni pobiegła.
— Chłopcy! — zawołała — kto w Boga wierzy, kto żyje... Zaprzęgajcie i żywo po panicza, po doktora, felczera! Prędzej, prędzej, Pan chory!
Wieczór się zrobił, zapalono już światło. Gerwazy leżał na łóżku, oddychał ciężko, powieki miał przymknięte, spał widać, czy może nie chciał patrzeć na światło.
Żona przerażona, niespokojna, bezprzytomna prawie, biegała od okna do okna, patrzeć, czy kto nie jedzie od strony miasta. Wszystko wypadało jej z rąk. Znosiła różne zioła z góry, przystawiała garnki do ognia, tłukła je, parzyła sobie ręce, potrącała się o komin, o sprzęty, jak niewidoma.
Rzeczywiście łzy zalewały jej oczy, łkanie omal nie rozerwało wątłej piersi.