Strona:Klemens Junosza-Buda na karczunku.pdf/99

Ta strona została przepisana.


— Przyjdzie dziś lub najdalej jutro.
— Był list? — zapytała z żywością dziewczyna.
— Nie, ale takie mam przeczucie; śniło mi się... Wczoraj upiekłam chleba u Franciszkowej w nowym piecu, przysposobiłam, co mogłam, aby chłopak w swoim domu głodu nie cierpiał, niech wie, że ma za gospodynię rodzoną matkę. A cóż u was, moja Hanusiu, wczoraj nie byłaś.
— Nie mogłam.
— Wiem, wiem. Choć mało gdzie wychodzę i prawie ciągle tu siedzę, jak grzyb pod drzewem, ale czasem kto zajrzy i co powie. Podobno teraz częstych gości miewacie?
— A uczepił się jeden i jeździ — odrzekła Hanka niechętnie.
— Któż to? Aha! czekaj, może ten na siwym koniu. Widziałam zdaleka, jak przez pola pędził, ale nie mogłam poznać kto?
— Adamek, Talarowskiego syn.
— Panicz, bogaty panicz; folwark teraz mają, a myślę, że i prócz folwarku w pieniądzach fortuna jest. Starego Talara na tysiące rachują.
— A niech go tam! Co mi do jego fortuny?