Otwórz menu główne

Strona:Klemens Junosza-Na bruku.pdf/164

Ta strona została uwierzytelniona.


z nich nie jest ani przyjaciółką, ani towarzyszką Wandy — ty zupełnie co innego, jeżeli więc radabym cię zatrzymać, to czynię to nie dla kogo, lecz dla siebie, moja Maniu i dla Wandy. No nie rozrzewniajcie się, daj mi Wandziu kapelusz i okrycie — idę. Co zrobię, nie wiem, radabym jak najlepiej.
Po chwili pani Zofia wyszła, dziewczęta zostały same.
— Moja Maniu — rzekła Wanda — co będzie, jeżeli mama z niczem powróci?
— Cóż ma być — woli rodziców sprzeciwiać się nie mogę, jak każą tak postąpię.
— Mój Boże! i nie będzie ci smutno między obcymi?
— Ty mnie o to pytasz?
— Nie przeraża cię schorowana dama, której towarzyszką masz być?
— Bardzo!
— Wyobrażam sobie, że jest ona czemś pośredniem między mumią egipską, a tym starym panem, który u was bywa.
— A... panem Hermanem.
— Tak, to musi być nieuczciwy człowiek.
— To, jak powiada ojciec, jest nasz dobrodziej. On mi właśnie wynalazł obowiązek, od którego radabym się wykupić, żebym miała czem.
— Ciekawam bardzo, co Zygmunt na to powie?
— Cóż ma powiedzieć.
— O! już ja się z nim rozprawię i wierz mi, że mu tak natrę uszu...