Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/11

Ta strona została skorygowana.


I.

Sklepienie nieba stawało się coraz głębsze, zorza rozlewała się szerzej i szerzej, bielało matowe srebro rosy, sierp księżyca stawał się coraz bledszy, las rozbrzmiewał coraz donośniej. Na wsi wszczynał się hałas i ruch, a w dworskiej zagrodzie dawało się słyszeć parskanie stadniny, szelest słomy, a czasem gniewny, przeraźliwy kwik tłoczących się u wnijścia koni.
— No! zdążysz — przegłodziłyśta się — mruczał stary pastuch Fedź, otwierając szeroko wrota. — A pójdziesz! — krzyknął, zamierzając się na jedną z klaczy, która parła się naprzód.
Fedź miał na sobie wyszarzaną ściągniętą pasem świtę, za pasem węzełek z chlebem, w ręku siodło i uzdeczkę i, oznakę swej władzy — bat, zarzucony przez plecy.
Konie zachowały się dość obojętnie wobec łajań pastucha: nie okazały mu ani śladu obrazy lub obawy, lecz udając, że je to nic nie obchodzi, odeszły powoli od wrót; jedna tylko stara patłata klacz, położywszy uszy po sobie, szybko