Otwórz menu główne

Strona:Lew Tołstoj - Wiatronogi.djvu/29

Ta strona została przepisana.


nie mówił o tem — bo i po co? Wybyście mnie nigdy nie poznały, tak jak nie mogła mnie poznać Zulema, z którą byliśmy razem w Chrzanowie i która dopiero teraz przyznała się do znajomości ze mną. Zresztą nie uwierzyłybyście mym słowom, gdyby nie jej świadectwo. Co do mnie milczałbym do końca, gdyż nie potrzebuję końskiej litości... Ale żądacie, bym mówił, więc oświadczam, żem jest ów Wiatronogi, którego koniarze poszukują i nigdzie znaleźć nie mogą — ten sam Wiatronogi, który się dał we znaki samemu hrabiemu: zwyciężyłem w wyścigu jego faworyta Łabędzia, za co mnie kazał wypędzić ze stada...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Kiedym się urodził nie wiedziałem, co znaczy „srokacz“; byłem pewny że jestem koniem. Pamiętam jak pierwsza uwaga co do mej maści uderzyła mnie i moją matkę. Urodziłem się zapewne w nocy, gdyż nad ranem stałem już na nogach, a matka oblizywała mnie starannie. Pamiętam, że odczuwałem ciągle jakieś niewyraźne pożądania, wszystko wydawało mi się nadzwyczaj dziwne i proste zarazem. Klatki nasze znajdowały się na długim korytarzu i były zaopatrzone w zakratowane drzwi, przez które można było widzieć wszystko. Matka nadstawiła mi soskę, lecz byłem do tego stopnia naiwny, żem