Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/94

Ta strona została uwierzytelniona.


ze strachu. Dopadli nareszcie do wsi. Tu dopiero uciecha, tu dopiero radość z odnalezienia tej drogiej zguby, którą już opłakali zawczasu.
Suty ogień na kominie palił się noc całą, i całą noc słychać było w opłotkach wycie zgłodniałego wilka.
Ej wilku, wilku! Cóżeś ty chciał najlepszego zrobić? Chciałeś pożreć dzieciątko, która potem wyrosło na poetę, na chlubę i radość swej ziemi! A ktoby to nam napisał tę śliczną pieśń: „Kiedy ranne wstają zorze“, co jak ją z mamą śpiewamy, to mi się zdaje, że widzę i słyszę, jak słońce złote wstaje, jak się niebo i ziemia raduje, jak kwiatki w rosach stoją, jak zboża na polach szumią, jak skowronek śpiewa.
I któżby nam napisał tę drugą pieśń: „Wszystkie nasze dzienne sprawy“, która znów taka jest słodka i miła, jakby się cała ziemia tuliła do snu, pod skrzydła Anioła-Stróża, jakby kwiateczki zamykały swe kielichy, jakby ptaszki po gniazdkach ucichły, jakby nawet rzeczka nasza uciszyła się koło młyna i cicho, cicho płynęła