Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/362

Ta strona została przepisana.

Gdyby wycofano baby z obiegu, miasto byłoby podobne do blokowanej i na głód skazanej twierdzy. Na szczęście nic nie pozwala przewidywać tak smutnego faktu. Dopóki tchu w piersiach, a w nogach choć trochę mocy, baba przebywa „vrchy,” wąwozy, szczeliny skalne, „vucie dragi,” (wilcze drogi), „hude lochy” (złe jary), korzysta z każdej dróżki, z każdego łoża wyschłego strumienia, przechodzi w bród „poiki,” bijące źródła żywe „lijaki,” te — które ulewne deszcze zasilają lub tworzą — idzie, idzie, idzie...
Co większa, baba sama tworzy drogi, gdzie ich wcale niema. Śmiało powiedzieć można, że cała ta sieć ścieżyn, dróżek, szlaków i przydróżków, która wskróś manowców i wertepów zadzierzguje swe oka dookoła miasta, jest wytworem, kto wie — parowiekowym może — baby. Co mówię! Baba sama jest „drogą, która idzie”, jak Paskal o rzece mówi.
Skąd baby idą? Ano, — z sadyb.
Sadyby, jak większe i mniejsze mrowiska, usypane pracą też mrówczą, czernią się, to znów bielą, pomiędzy górami, dymy ich widać to w głębi kotliny, to znowu na stoku, to na szczycie zgoła. Z mrowisk tych górskich i borowych wysypują się baby za ciemnej jeszcze nocy, by na świt stanąć w „Górce,” w „Goricy,” jak jędrnie nazywają rozwleczoną przez włochów Gorycję.
Idzie tedy baba od wschodu z Ravnego, z Karnicy, z Tribuszy, z Osęka, ale nadewszystko