Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/61

Ta strona została skorygowana.


gnięty biczem i krzykiem pastucha. Wielkie, prawie białe słońce tkwiło na samym zenicie. Jak okiem zajrzeć ani jednej chmurki, ani jednego najulotniejszego obłoczka. Nagle, wskróś żrącego oczy pyłu, zdawało mi się, że taż przed racicami wołów, w samym środku rynku, dostrzegam drobną postać ludzką, przy ziemi skuloną. Krzyknęłam, ale głos mój zginął zapewne w głuchym tupocie pędzonego stada, gdyż drobna postać pozostała całkiem nieruchomą. W najwyższym niepokoju patrzyłam w zbitą masę szerokich siwych grzbietów, poruszających się ciężko i leniwie. Każdy łeb ku ziemi spuszczony zdawał się godzić w tę bezbronną ludzką istotę; każda podniesiona racica zdawała się w nią uderzać. Byłam pewna, że kiedy się ta masa przewali, ujrzę jakiś widok okropny, jakieś członki porozrywane, jakieś stratowane i drgające ciało. Serce truchlało we mnie.
Tymczasem woły kroczyły równo, zwolna. Nie znać było aby się zatrzymywały, lub omijały jaką przeszkodę. Kiedy się nareszcie wparło to wszystko w wązką szyję bocznej uliczki, a kurzawa opadła nieco, ujrzałam znów tęż samą drobną postać na tem samem miejscu, tak samo jak wpierw przy ziemi skuloną.