Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/126

Ta strona została uwierzytelniona.


Kobieta przestaje wówczas chrząkać i wzdychać, ale jednak stoi. A już tem samem, że stoi, targ na sobie trzyma.
Rybak możeby się i prędzej użyć dał; on tak się tych ryb opatrzył, że je mierzi sobie. Przytem do domu, do czystej koszuli, do świeżej strawy by rad. A tymczasem żona co i raz to go za kurtę targnie.
Jakże! Wie ona dobrze, co wyprawa pochłania gotowego grosza.
— Czworo wyżyłoby za to przez ten czas w domu — objaśnia mnie Mère Toutaint.
Stary nie ruszy się na duże morze bez tęgiego połcia schabu, bez metrowej kiełbasy z czosnkiem, bez białego chleba, bez cydru, bez sera. I nie bylejakiego sera, ale z Pont-Eveque! I to wszystkiego dużo, o nie mało! Wraca, to kurę, żeby i za dwa franki na rosół mu rżnij, a ryby, choćby też i na ruszcie pieczonej i smarowanej słoniną do gęby nie weźmie.