Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/44

Ta strona została uwierzytelniona.


...Morze nie wymówi źdźbła strawy, nie wypomni coś zjadł, albo ile. Przyjdzie, przyniesie, bez proszenia da, bez dziękowania...
...Morze się i rozgada z człowiekiem... Morze wie wszystko, co, jak, kiedy... Westchniesz sobie, to ci powtórzy, aże ode dna, od samego serca... Zaszepczesz pacierz, to się modli z tobą...
Więc jak u nas pod kościół starość i biedota ciągnie, tak tutaj ciągnie do morza. Tu i tam, jest jakiś dawny, dawny cmentarz zeszłego żywota; tu i tam jakaś świętość, a i opatrzenie.
I siedzą tak, pod ogromną kopułą normandzkiego nieba, wobec solennego podniesienia złocistej monstrancyi słońca, albo w dymach obłocznych mgły siwej, przy huku żywego organu, skulone, zastygłe, podobne w spłowiałości swojej do małych pagórków nadbrzeżnego piasku, które jeden zalew morza narzuca, a drugi umiata, ogłuszone szumem, obryzgane pianą