Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/49

Ta strona została uwierzytelniona.


klaszcząc w ręce, bijąc się po kłębach, i podrzucając na wiwat drewniane chodaki.
— Ohé, Jean!...
— Ohé!... Ohé!... Ohé!..
A chłopak uniesiony, oszołomiony aktem własnego zuchwalstwa, pędzi, bryka, galopuje, toczy kołem, pada na czworaki, tarza się, rży, wali nogami w piach, gryzie, kopie, staje dęba, pieni się, szaleje, rozczerwieniony, zziajany, parskający, opętany jakby. Zda się całe »sablons« w powietrze rozciska.
A tuż »hałastra« okrąża go, ogarnia, pobudza, krzykiem i wyciem szczuje, zupełnie jak stado szatanów.
— Ohé, le Voué!...
— Ohé!... Ohé!... Ohé!...
Jakaś piekielna sarabanda skręca się i rozkręca, wśród ogłuszającego wrzasku.
— Jean!... Jean!... — woła raz po raz matka, dusząc się prawie, i aż blada z gniewu.