Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/89

Ta strona została uwierzytelniona.


nieco, mży przez chwilę bladem światłem skróś oparów tchniętem, poczem świat się ucisza, zatłumia, przygasa, cały w liljowem zadumaniu tonie.
Głębokie ławice lekko żwirami zaiskrzonych piasków wynurzyły się, wyciągnęły, zakwitły pociemniałe nagle, jak długie, długie grzędy hyacyntów, ku Villers, ku Beuzeval, ku Houlgate, ku Cabourg, aż po skaliste wręby oceanu.
Na prawo, delikatna koronka wiązań i arkad Wielkiej tamy u Roches Noires, na fiołkowe przeźrocza rzucona; na lewo majacząca w głębokich oparach przystań, której maszty i reje czynią sobą wizye olbrzymich, chwiejących się nad mętną otchłanią irysów.
A tam, daleko, daleko, jak oko puścić, sinieje skróś mgły ciemna, drgająca wnętrzną przejrzystością plama. To morze.
Coś muzycznego jest w tym momencie, coś symfonicznego.
Jakaś ogromna, jednotonnie wibrująca