Strona:Moi znajomi.djvu/161

Ta strona została uwierzytelniona.


Zapasła się kobiecina, więc ku piersiom podniosła ręce i po chwili dopiero buchnęła, jak z pod szpuntu:
— Podrzucili nam...
— Co? Co podrzucili? — zawołała stara panna z największem przerażeniem w głosie...
— A cóżby? — krzyknęła Wojciechowa. — Adyć dziecko.
— Dziecko? Jezus, Marya, Józefie Święty! — krzyknęła panna Konstancya i chwyciwszy się za głowę, stanęła jak skamieniała.
W salce zrobiła się cisza. Wojciechowa stała u progu z otwartą gębą, dysząc głośno. Co do mnie, skubałem brodę, nie śmiejąc się ruszyć.
— Matko przenajświętsza! Matko przenajświętsza — szepnęła stara panna drżącemi wargami. Ośmieliła się wreszcie otworzyć przymknięte oczy i spojrzeć na Wojciechową.
— Czy tylko jesteści pewni, że to dziecko?
— A cóż to, proszę pani! — rzuciła się baba — ślepam, czy co. Dzieciaka nie znam? Chwalić Boga, swoich własnych miałam...
— Już dobrze, już dobrze, już bądźcie cicho! — wołała stara panna ręce do uszu podnosząc. — O Boże miłosierny! Więc kiedy to jest dziecko, to weźcie je, weźcie natychmiast i odnieście matce...