Strona:Moi znajomi.djvu/232

Ta strona została uwierzytelniona.


się poświstów wichru, słychać było donośny huk bębna, który taneczną, coraz wyraźniejszą nutę na troje drobił, z wielkiej mocy przybijając pierwsze uderzenie, a dwa drugie mimo, jakoby od niechcenia puszczając; już z samego tego bębnienia znać było, że zmowy będą nie byle jakie.
Parobcy zaczęli kręcić głowami.
— Musiał Łuka tęgo łapę wysmarować — zagadał jeden — kiedy tak skórę na bębnie z dobra woli psuje.
— A bo to nie! — przyświadczył inny. — Antek dziś od pana pięć rubli wziął...
— Na takie zmowy to ta i pięć rubli nie wielka obrada... Tera wódka, tera harak, tera muzyka...
Tymczasem Maryśka, jakoby rozmów tych nie słysząc, nizko schylona nad żeleźniakiem, kartofle naskrobane płukała, bujnemi a drobnemi łzami mącąc wodę. Aż nagle, jak gdyby przypomniawszy coś sobie, żeleźniak na ziemi zostawiła, a sama jak stała, tak się pędem do stajen puściła. Jędrek wstał, wyjrzał za nią i rzekł:
— Oho, leci Maryśka prosto do Antkowej stajni. Pewnikiem po sukmanę. Ma chłop szczęście, że ją oblókł na siebie, a lejbik ino na kołku zostawił.