Strona:Moi znajomi.djvu/298

Ta strona została uwierzytelniona.


przeciskano lukier w piękne esy floresy, gdy przyszła Wielkanoc i baby. Z figur istniało jeszcze w owym czasie cztery, i te stanowiły mój teatr. Teatr ten odbywał się zupełnie bez widzów; nie lubiłam nawet, kiedy kto patrzał na niego, i urządzałam go zwykle w ciemnym jakim kącie, usiadłszy na «najmilejszym Jacku» przed drewnianem krzesłem, i trzymając w noszonym na ramiączkach fartuszku cały mój personel dramatyczny. Co do repertoaru, ten był mało urozmaicony, możnaby nawet powiedzieć, że była to ciągle taż sama, coraz dalej rozwijana historya, do której przybywały nowe epizody i która nigdy jakoś skończyć się nie mogła. Aktorów moich stanowiły trzy damy i król. Dama karo, nazwana przeze mnie «Anusią», była piękną, dobrą i uciśnioną przez jakieś, niezupełnie mi świadome nieszczęścia, bohaterką.
Ona pierwsza wychodziła z fartuszka na scenę, a przedstawienie rozpoczynało się niezmiennie od słów: «Anusia zaś: Ach Boże!» — Tu następował monolog, w którym było więcej westchnień niż wyrazów, a mglista atmosfera wielkiego smutku i wielkiej melancholii życia ogarniała całe krzesło, stołek i mnie samą. Prawdopodobnie tych to właśnie żarliwych i gorących westchnień wstydziłam się wobec wi-