Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/125

Ta strona została uwierzytelniona.
—   125   —

— Zapewne, ale...
— Odpowiedz krótko! — rozkazał chory, wskazując z powagą zloty pierścień, na którym wyobrażony był symbol zgromadzenia Jezusowego. Grisart wydał okrzyk.
— Generał! — zawołał.
— Ciszej — rzekł franciszkanin — teraz wiesz, że chodzi tu o szczerą prawdę.
— Panie — odrzekł Grisart — przywołaj spowiednika, bo za dwie godziny, przy pierwszym ataku, stracisz przytomność.
— To szczęście — wyrzekł chory, a powieki na chwile mu się zawarły — mam wiec jeszcze dwie godziny.
— Tak, jeżeli weźmiesz napój, jaki ci przygotuje.
— I on mi zapewni dwie godziny życia?
— Tak jest.
— Wezmę go, chociażby to była trucizna; albowiem te dwie godziny nie dla mnie, ale dla dobra zakonu są potrzebne.
— A! jaka strata! — rzekł doktór — jaki smutny dla nas wypadek!
— Strata człowieka, oto i wszystko — odpowiedział franciszkanin — Bóg sprawi, że po biednym zakonniku, który was opuszcza, znajdzie się godny zastępca. Żegnam cie, panie Grisart, a! jakie szczęście, że cię znalazłem. Doktór, któryby nie należał do naszego świętego zgromadzenia, nie dałby mi poznać prawdziwego stanu mojego zdrowia, i obiecując kilka dni życia, spowodowałby zaniedbanie potrzebnych ostrożności. Jesteś uczonym, panie Grisart, i to czyni wszystkim nam zaszczyt; zgon byłby dla mnie przykrym, gdybym jednego z naszych widział miernego w swoim zawodzie. Żegnam cie, panie Grisart, a przysyłaj prędko lekarstwo!...
— Panie, pobłogosław mnie przynajmniej.
— W duchu... tak, bo mi sił braknie... Animo (w duszy) panie Grisart... viribus impossibille (siłami niepodobna).
I upadł na krzesło, prawie omdlały.
Pan Grisart zawahał się, czy ma ratować chorego, czy biegnąć, aby przyrządzić przyobiecany kordjał; zapewne ostatnia myśl przeważyła, bo wybiegł z pokoju i zniknął na schodach.