Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/141

Ta strona została przepisana.


Fulgencyusz.

Carissime! ręka mi się trzęsie.

Filonek.

Wytrzęsło się więc niechcący.

Fulgencyusz.

Teraz poświeć z łaski swojéj, ja chciałbym usiąść, czy gdzie nie znajdziemy jakiego pniaka dębowego lub cedrowego.

Filonek.

Cedrowego? Hopatra! wyświeciłby świecę nadaremnie, ale oto jest tymczasem sosnowy.

(Idą do pniaka po prawéj stronie.)
Fulgencyusz.

Tak, tak! cedrów tu niema, ale jest sosna, pinus abies vel pinus picea. (siada i zrywa się) Och ów pniaczek ma nierówną powierzchnią et quidem kolącą.

Filonek.

Na ziemi będzie lepiéj.

Fulgencyusz.

Ale wilgoć! humiditas nocturna wielce jest szkodliwa.

Filonek.

Liście suche.

Fulgencyusz.

Liście suche, dobrze mówisz. (siada pod pniakiem) Parasol ja rozłożę, ten mnie od rosy ochroni — tak, tak, bene, optime; ale powiedz mi carissime, czy w tych lasach nie znajdują się źle intencyowane ludy — Briganty? co? direptores, expilatores, latrones?