Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/158

Ta strona została przepisana.


mi ten tego sto świeczek w oczach zaświeciło i padłem bez zmysłów. Otrzeźwiono mnie, otrzeźwiono moję żonę... piękną kobietę... przyszło do objaśnień... bo objaśnienia trzeba było? Co?

Gdański.

Oczywiście.

Florjan.

Kiedy w dzień ślubu wyszedłem z domu, jakim sposobem dostałem się do obozu rosyjskiego, stojącego za ogrodem, nikt nie wiedział i nie wié. Szukano mnie trzy miesiące, trzy miesiące wzywano ten to tego jak się zowie... odyktalnie, a nie osiągnąwszy żadnych wiadomości, małżeństwo moje zostało anihilowane, — tém łatwiéj, że małżeństwo nie było tam to tego jak się zowie...

Gdański.

Rozumiem.

Florjan.

I moja żona poszła za tego honweda z rudą brodą. Człowiek wielkiéj siły... Spiesznie jéj było? ale miała prawo? co?

Gdański.

Niezawodnie.

Florjan.

Niezawodnie. Ja téż nacisnąwszy czapkę na uszy, wróciłem do domu. Tam w samotności przypominam sobie Pannę Teodorę. Pędzę do Kijowa na perekładne... wiesz co to?..

Gdański.

Wiem, wiem.