Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XII.djvu/028

Ta strona została uwierzytelniona.


Zaledwie boski promyk w przelocie uchwycę,
Myśl moją nim zapalę, świat wyższy oświecę,
Zaledwie pędząc w górne gwieździste przestworze
Ziemię sobie zasłonię a niebo otworzę,
Wchodzisz — stajesz przedemną zawsze w jednéj mierze
I nudną prozą pytasz, co chcę na wieczerzę?
Jak gdybym ja, przy złotym Pityjskim trójnogu
Mógł z tobą o leniwym rozmawiać pierogu!
Precz istoto bez rymu! — Poeta o głodzie
Najrzewniéjszy w sielance, najszczytniéjszy w odzie.
Wyszedłeś — ale wkrótce już stoisz na nowo,
Zaczynasz swoją wiecznie niezmienną przemową:
„Żeby się Pan nie gniewał....“ I tém samém gniewasz,
Lecz cóż za interesa i tak często miewasz?
Tasiemeczkę przyszyłeś, wprawiłeś skałeczkę,
Jakiś drucik kupiłeś, skleiłeś fajeczkę.
I zawsze odpierane naprawiając szyki,
Wstępujesz z miską w ręku: „Panie to rydzyki.“
Co? Miska! W dytyrambie, na średniówce miska!
I dlaczego rydzyki, kiedy to rydzyska?
Jędrzeju! Ach Jędrzeju, chcesz mnie zabić widzę!
Ja lubię druty, skałki, tasiemki i rydze....
Ale miéj Boga w sercu, daj chwilkę pokoju!
Jestem więc sam — lecz lutnia potrzebuje stroju,
Muszę przerwanéj myśli wiązać lotny wątek,
Muszę, chcąc daléj śpiewać, powtórzyć początek
I już przez nowe światło, nowe uniesienie
Czuję przytomność Feba, Muz wdzięcznych zbliżenie,
W tém... Przebóg! Jakiś szelest! Ach klamką ktoś kręci...
To ty! Wchodzisz radośnie, pełen dobrych chęci