Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/455

Ta strona została uwierzytelniona.


Nie zrzucała żałoby, a w niéj było jéj tak pięknie, że zwiedzający cmentarz z za drzew często zapatrywali się długo na to romantyczne zjawisko. Żal zrazu gwałtowny przeszedł w stan jakiéjś rezygnacyi milczącéj. Pani Zrobkowa mieszkała, nająwszy dom, w mieście, nie widywała tu prawie nikogo, chodziła na cmentarz i żyła odosobniona, zamknięta. Około grobu tego miała całe swe gospodarstwo, rydelek, grabie, konewkę, sadziła kwiatki, wiła wianki; popłakiwała chwilami, a gdy pora pozwalała, przesiadywała tu do późnego wieczora. Zrazu ludzie mówili o tém wiele, powoli oswajać się zaczęto z piękną wdową, która zabrawszy znajomość z dziećmi Hornosza, posługującemi jéj, znajdowała się, jak w domu. Zresztą ciągle była sama, rodzina doktora nie zatroszczyła się o nią wcale, żal do niéj mając, bo jéj nieboszczyk zapisał wszystko; właśni jéj krewni mieszkali daleko, mogła więc sama z żalem swoim i tęsknemi wspomnieniami czas przepędzać.
W miasteczku zwano ją „Czarną panią“, gdyż zawsze zupełnie czarno ubrana chodziła.
W czasie pogrzebów otwierała drzwiczki swojego ogródka grobowego; wychodziła z książką, towarzyszyła im, modliła się i powracała znowu na ławkę. Gdy mąż jéj zmarł, pani Salomea nie miała nad lat dwadzieścia kilka; piękność jéj ani na chwilę nie ucierpiała pomimo téj strasznéj katastrofy, która zrazu śmiercią jéj grozić się zdawała. Była to ze wszech miar postać zajmująca i ściągająca oczy na siebie. Kobieta z rodzaju tych, którym wyraz „piękna“ przystał raczéj niż miła, wdzięczna lub słodka. Słusznego wzrostu, dziwnie harmonijnych kształtów, postawy nadewszystko szlachetnéj i poważnéj, pani Salomea miała twarzyczkę rysów klasycznych, oczy czarne, nosek rzymski, usta małe. Całości téj brakło na pierwsze wejrzenie wyrazu i znaczenia, był to jakby ów wzór piękności, dawany uczniom do nauki rysunku, w którym nic nie brak do harmonijnego, spokojnego obrazu człowieka, ale nic téż z niego nie mówi o duszy, co go ożywia. Chwilami surowe to i zimne oblicze było niemal odstręczającém. Potrzeba było odwagi, aby się pokusić rozbudzić w niém życie jakieś. Patrząc czułeś, że cała była w sobie zamknięta i że nie chciała dzielić się duszą ze światem. Pomimo to dziwnie regularne rysy, czysta piękność linij twarzy, doskonałość téj postaci, któréj nic nie raziło nieforemnością najmniejszą, pociągały ciekawością — miały urok tajemnicy i zagadki. Jeśli o kim, to o niéj powiedziéć było można, że posąg piękny przypominała. Poruszała się zawsze z pamięcią jakąś o godności swéj, z wyszukaną powagą i gracyą, chociaż była sama, jakgdyby domyślała się, iż