Strona:PL Karol Dickens - Maleńka Dorrit.djvu/225

Ta strona została przepisana.


znaczy. John przyniósł jego walizkę z rzeczami, skrzynkę z papierami, umieścił wszystko na właściwem miejscu.
— Dziękuję, panie Johnie — rzekł Clennam uprzejmie — może pozwolisz teraz podać sobie rękę.
John spojrzał na niego i zachmurzył czoło.
— Nie... nie... — rzekł — nie mogę... Nie mogę podać panu ręki.
— Co to znaczy, Johnie? Nie wiem, o co ci chodzi. Jakieś nieporozumienie.
— Niema żadnego nieporozumienia. Ja wiem, o co mi chodzi, i gdyby to było możliwe, wyzwałbym pana do walki na pięści. Ale... ha... przepraszam!
I wybiegł z pokoju.
Artur usiadł na krześle i pogrążył się znowu w myślach.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło, gdy usłyszał pukanie i ujrzał na progu Johna.
— Przyszedłem — rzekł — bo... czy pan nic jeść nie będzie?
— Nie mam apetytu, Johnie.
— Tak nie można... doprawdy... Nie można cały dzień siedzieć na krześle i nic nie jeść. Ośmieliłbym się zaprosić pana do siebie na herbatę, ale jeśli nie łaska, to przyniosę.
Artur chciał mu okazać, że jest wdzięczny za pamięć, domyślał się, że odmowa byłaby przykra młodzieńcowi, i zgodził się iść do niego na herbatę.
John mieszkał w małej izdebce na strychu, którą Clennam znał także i pamiętał, gdyż tu znalazł zemdloną Emi w dniu wyjazdu, kiedy rodzina Dorrit opuszczała Marshalsea.
Izdebka była świeżo wyklejona i miała lepsze sprzęty, lecz Artur, stojąc w progu, widział żywo obraz, jaki wtedy miał przed oczami.
John gryzł paznogcie i patrzył na niego z pod oka.
— Pan pamięta ten pokój? — spytał wreszcie.
— O, tak! Drogie dziecko! Kochana, maleńka Dorrit.
John zbladł i zadrżał, zasłonił twarz rękami i gwałtownie wybiegł z pokoju.