Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/17

Ta strona została uwierzytelniona.


wa się z oparzeliska, i bijąc niespokojnie skrzydłami, trwożliwe roznosi hasła.
Zdarza się, że spóźniony wędrowiec idzie, świszcząc piosenkę, — naraz wstrzymuje się, umilka i słucha ciszy téj, w sto chórów rozbitéj i niosącéj się z falami daleko. Ludzie tutejsi kochają tę rzekę swoją, lubo nie zdają sobie może sprawy z jéj piękności majestatycznéj, surowéj.
Chociaż nie jeden stóg siana zabiera im corocznie, choć wilgoć jéj sprowadza febry, trzęsące głodnych na przednowku, — tulą się do niéj chaty, stawiąc niemal na szlakach jéj wiosennych rozlewów i powierzając jéj ufnie dobytek swój cały. Niedorostki już rwą się do flisów a tratew, i „ta droga, która sama idzie,” nie jednego już parobczaka porwała z rodzinnéj chaty w świat nieznany, daleki... Fale wód po wszystkie czasy przykuwały do siebie urokiem szerszéj przestrzeni i tajemniczych przygód, i były naturalném ujściem dla niespokojnych tych duchów, którym ciasno w domu.
Wędrowiec, któryby z téj strony do miasteczka wjeżdżał wiosenną, księżycową nocą, miałby przed sobą jeden z najpiękniejszych krajobrazów, któryby mu zapomniéć pozwolił nietylko o trudach przebytéj drogi, ale ukołysałby duszę jego do cichych rozmyślań, błogości pełnych.
I zbudziłby się dopiero, przebywając most o nierównych, klekoczących pod kopytami koni balach, o poręczach wyniesionych wysoko ponad wodą, która tuż, z pod nóg prawie, rozbiega się na prawo i na lewo w dwa wielkie, drżące w miesięcznych blaskach skrzydła, jak ptak rwący się do lotu. Za mostem ujrzałby poprzeczną belkę szlabanu, a tuż przy nim budkę mi-