Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/19

Ta strona została uwierzytelniona.


skich wozów, wozików i szlacheckich bryczek, i dudniał pod ciężarem nie jednego korca pszenicy i żyta, a rżenie koni, ryk bydła i energiczne klątwy powożących brzmiały tam wtedy od świtu do zmierzchu.
Noc dopiero późna uciszała ten rozgwar targowy. Odrębność dźwięków zacierała się zwolna, głosy w oddaleniu gasły, a niewyraźne szmery roztapiały się w ogólny ciszę, wśród któréj słychać już tylko było szum rzeki, prącéj naprzód całą siłą wód swoich, i recitativa modlitewnego starego Hersza, falujące po całéj gamie głosu tych zapadłych piersi, a w najwyższych swoich nutach zdające się być przenikliwym okrzykiem jakiéjś czuwającéj nad uśpioném miastem strażnicy.
Otóż rzeka ta i jéj brzegi były jedyną poezyą tego zakątka.
Wędrowiec nasz, przebywszy most, znajdował się odrazu w mizernéj mieścinie, która zdawała sobie wprawdzie przypominać lepsze jakieś czasy i jako klejnot szlachecki ukazywała zamek po-biskupi, i kościół stary, i jakieś mury a wieże, ale w sercu swém pozwoliła się rozsiąść kramikom brudnym, niechlujnym, domostwom nędznym, szynczkom podejrzanym, i ulic swoich nie strzegła przed błotem, a na parkanach świeciła pstrocizną porozwieszanéj pościeli. Ot, zwyczajnie — ni wieś, ni miasto. Coś, co samo nie wie, jak mu się rozwijać daléj: czy przykupując rozległe grunta i sadowiąc się po włościańsku między zagonami warzywa i kartofli, czy cisnąc się na rynek i legitymując prawa do swéj nazwy kilkoma murowanemi kamienicami, które zdawały się wyrzekać wszelkiéj wspólności z uliczkami, rozbiegającemi się na prawo i na lewo,