Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/21

Ta strona została skorygowana.


ich nie zagubiły dzieci pana adjunkta, będącego w ścisłéj przyjaźni z pocztmistrzem. Ah, przepraszam! miało jeszcze restauratora, który był zarazem rzeźnikiem, a przyrządzał co targ i co jarmark wyśmienite kotlety wieprzowe z różnych odpadków, kotlety tak pieprzne, że po nich najwstrzemięźliwszy szlachcic pił w handelku do wieczora. Wreszcie miało i szkółkę, w któréj dzieci miejskie uczyły się katechizmu, pieśni kościelnych, czytania, pisania i rachunków. To ostatnie podaję z zastrzeżeniem, wiedząc, że nauczyciel, człeczek zafukany, chuderlawy, mały, sam nawet nigdy jakoś pod wieczór wyrachować się nie mógł przed żoną z groszaków, gdy zbyt długo w podmiejskiéj karczmie „na Maiku” siedział.
Otóż, z tego wszystkiego pokazuje się, że miasteczko nasze nie było jakąś tam pierwszą lepszą osadą, ale wcale przyzwoitém miastem. Złudzenie to chciałbym ci, czytelniku, zachować jaknajdłużéj. Tak mało wogóle mamy dziś złudzeń!
Cóż, kiedy z drugiéj znów strony, miało ono w obrębie swoim proste, zwykłe stodoły, w których cepy bębniły każdéj jesieni, że daj Boże amen! — jak mawiał policyant numer 1, — miało obory z beczącemi bez ceremonii cielętami, ku wielkiemu zgorszeniu pani burmistrzowéj, mającéj to sobie za osobistą obrazę, — tudzież przybudówki mocno podejrzane, z których rozlegało się pod wieczór wcale niedwuznaczne krząkanie stworzeń, na widok których pani aptekarzowa z lekkim, dystyngowanym okrzykiem cofała się w stronę spacerującego z nią kasyera, lubo zdawaćby się mogło profanom, że w aptekarzu pewniejszą pomoc w tak groźnéj sytuacyi znaléźćby powinna. Daléj, miasteczko