Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/25

Ta strona została skorygowana.


a gdyś się w nie zapatrzył, widziałeś jasno, że ich zadumane spojrzenia lecą gdzieś w dal nieznaną, w nieskończoną, w mglistą. Całkiem, jak rzeka. Oczy te, pomimo, a może właśnie dla piękności swojéj, smutnéj używały sławy.
Poprostu mówiono, że były „uroczne.”
Stara Mikulina wiedziała nawet, dlaczego były takiemi. A ot, jak się rzecz miała.
Kiedy żona Pawła Duniaka przestała karmić piersią małą swoją Kasię, — dziecko, nędznie żywione, poczęło marniéć tak, że w parę tygodni wyglądało „jak pasyjka.” Krowy nie było kupić za co, na mleko téż nie codzień grosz jaki się znalazł. Osowiała dziecina żyć musiała kartoflami i przygrzewaną polewką. Maleństwo płakało a płakało; mówiono, że było przełamane.
Mierzyła je tedy stara Mikulina, dociągając lewy łokietek do prawego kolanka i lewe kolanko do prawego łokietka, a gdy i to nie pomogło, matka poczęła zawodzić, a kumoszki zbiegły się z pociechą. Jedna radziła wyskrobać trzy niecki, z ciasta tego ugotować trzy kluski i dać je naczczo dziecku; druga radziła mierzyć je nicią dziewięcioraką nakrzyż; inna, ryzykowniejsza, doradzała kąpać je w „hebdzie,” które to ziele taką ma własność, że dziecko słabe albo zaraz umrze, jeśli mu nie na życie, albo téż wnet wyzdrowieje. Pawłowa popatrzała dziwnie na mówiącą, a potém machnęła ręką i rzekła: „niech ono tam!” co zapewne znaczyć miało: „kocham je i tak, to blade biedactwo moje... nie przykrzy mi się!” — i znów oczy zakryła fartuchem.
Gdy się sąsiadki rozeszły, a dziecko płakać zaczęło, matka, instynktem jakimś wiedziona, przycisnęła