Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/27

Ta strona została skorygowana.


tratwach. Tęsknota téż owa wplotła w tę miłość jego dziwnie poetyczny żywioł. Wartując przy ognisku w wiosenne miesięczne noce, słuchiwał wiatru, wiejącego od swojéj chaty, i śpiewywał piosenki o Zoście swojéj, o modrookiéj, i wzdychał. A kiedy wracał, serce mu się tłukło w piersiach pod sukmaną siwą, jak ptak spłoszony, i obejmował ognistym wzrokiem i uściskiem żonę młodą, płoniącą mu się, jako krasny mak, w ramionach.
Otóż gdy mu to kochanie jego umarło, kumoszki mówiły, że od żałości w głowie mu się popsuło. Z cechowemi wódki ni miodu nie chciał pić, korali z szyi nieboszczki zdjąć nie dał, jakby w domu córki nie było, nocą przy ciele sam został, a gdy dzwony poczęły bić, a kościelny z krzyżem ku mogiłkom ruszył, podniósł się z ławy bez łzy jednéj, bez jęku, ściskając jeno pięści, aż kości trzeszczały. I tak w milczeniu na cmentarz szedł, a z cmentarza wprost do lasu, nie zaglądając nawet do chaty, do dziecka.
Trzy dni sumował w lesie, tłukąc głowę o sosny, o zielone, i piersią padając na ziemię, na czarną. Las szumiał i dziwował się, że w piersi ludzkiéj takie wichry jęków zrywać się mogły, a rosa dziwiła się, że nim padła na mchy, już one mokre były i spłakane.
Czwartego dnia wrócił Paweł do chaty blady i postarzały, jakby po ciężkiéj niemocy. Kumoszkom, które się opiekowały Kasią, „Bóg zapłać” powiedział, nawiązał sieci i, porzuciwszy tratwy i żywot flisaczy, rybakiem został.
Tak minęło lat kilka. W sierocéj chacie Duniaka nie było gospodyni nowéj. Paweł, zawsze posępny, milczący, odstraszał nawet najbardziéj zaciekłe w swata-