Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/39

Ta strona została skorygowana.


śpiewającego ludu. Przez drzwi otworzone szeroko widać było ołtarz wśród jarzących świateł i chwiejące się po obu stronach nawy chorągwie rozwiane.
Naraz, zrobiła się cisza. Siwy kapłan wzniósł w obu rękach monstrancyę złocistą, obwieszoną wianuszkami z ziół pachnących, i zwrócił się do ludu, by mu błogosławić. Uderzyły rozgłośnie dzwony, dymy kadzideł obłoczkiem sinym w górę się poniosły, tłum padł twarzą na ziemię, a w powietrzu zabrzmiało uroczyste Salvum fac.
Uniesiona wzruszeniem tajemniczém, Kasia podniosła w górę piękne oczy swoje, podniosła — i krzyknęła...
Ołtarz, obwieszony jedwabiami, które się od wysoko ustawionych świec zajęły, palił się na najwyższych gzemsach swoich, jak Tabor ukoronowany płomieniem.
W kościele cisza była; drżący głos starca, wznoszącego „święte świętych,” zwiastował pokój i zbawienie ludowi.
Przenikliwy krzyk Kasi zatrzepotał się, jak ptak, pod kamienném sklepieniem świątyni i znikł w majestatycznym chórze organów, które kapłanowi odpowiedziały: „Amen.”
Ołtarz gorzał...
Dziewczyna, jak urzeczona, wpatrzyła się weń szeroko roztwartemi z przerażenia oczami.
Kapłan błogosławił wschodowi i zachodowi słońca, zakreślając krzyż, złocistych blasków pełen, nad ukorzonym tłumem. Błogosławił południowi i północy...
Naraz rozległo się wołanie: „gore!”