Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/45

Ta strona została skorygowana.


Ludzie postali, pogadali i i rozeszli się zwolna.
Nazajutrz jednak Kasia nie wyszła z chaty, jak zwykle co ranek, po wodę i odtąd nie widywano jéj wcale. Chorą była, mówiono; na pewne jednak nie wiedziano nic zgoła, — stary nie puszczał do chaty nikogo, na pytania nie odpowiadał.
Ryby łowił tylko na wędkę, tuż przy domu, drzwi na zaszczepkę zatknąwszy, i to tyle tylko, ile sam zjeść mógł, bo na sprzedaż nie nosił ich do miasta.
Po wodę do studni sam chodził, sam kartofle podbierał i skrobał, sam warzył wieczerzę i obiad, sam chusty prał. Obca noga w chacie nie postała.
Ludziska różnie o tém gadali. Stare kumoszki zwłaszcza w głowę zachodziły, co to ma znaczyć.
Podglądały, podpatrywały, — wszystko napróżno, chata była tak szczelnie zamknięta, że para z niéj nie wyszła.
Do kościoła nawet Duniak chodzić przestał. On, co dawniéj, chorągiew niosąc cechową, najtęższym basem śpiewał: „Witaj Królowo!” tak, że aż sklepienia drżały, dziś, jakby zapomniał pacierza, w niedzielne ranki siadywał na progu milczący.
Rudy Franek téż ludzi unikać zaczął.
Bywało — podejdzie wieczorem pod chatę Duniaka i patrzy i słucha, ale gdy raz i drugi stary pięście ścisnął i warknął, jak rozjątrzony brytan, i podniósł się z progu, kosooki parobek odchodził w milczeniu, łyskając nieprzyjemnie oczami.
Odpychały się wzajemnie ta duma i ta zawziętość.
Uriela nie było w domu. W przeddzień owego wybuchu w Duniaka chacie, wyjechał z polecenia ojca do wuja swego, mieszkającego w mieście poblizkiém.