Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/46

Ta strona została skorygowana.


Żegnając Kasię, mówił jéj, że za trzy dni wróci; oddalał się niechętnie, — każda godzina bez niéj straconą mu była. Tymczasem nie wracał, a Kasia nie wyglądała go nawet okienkiem; chata Duniaka jak grób zamkniętą była.
Aż jakoś po godach drzwi jéj otwarły się nagle.
W progu stał proboszcz sędziwy, który tu w nocy, widać, wezwanym być musiał. Stał i oczy ocierał z łez, czy z mgły porannéj, patrząc na wschodzące słonce. Poza nim wysunęła się z chaty stara jakaś, nieznana kobieta i, otulona w chustę, poszła ku Majdanom leśnym. Stado wron zerwało się z krzykiem, łopocąc ciężko skrzydłami. Domostwa się otwierały, ludzie stawali na progach, sine dymy wiły się gdzieniegdzie z kominów. Proboszcz szeptał modlitwę, potém odwrócił się raz jeszcze, zrobił znak krzyża i opuścił chatę.
W izbie, na tapczanie, pod ścianą, leżał trup pięknéj Kasi, z dwoma wielkiemi, niezastygłemi jeszcze łzami u spuszczonych rzęs ciemnych.
Duniak stał nad tapczanem osłupiały, nieprzytomny, śniady jakiś dziwnie na twarzy, z załamanemi kościstemi rękami, niepatrzący na ludzi, co się tłoczyć poczęli do izby tłumnie, wynagradzając sobie tak długo powstrzymywaną ciekawość.
Zdawało im się, że tu ujrzą dziw jakiś, — tymczasem nic niezwykłego w izbie nie było. Śmierć i boleść nie są przecież rzeczą niezwykłą na ziemi.
Popatrzyli, pomodlili się, ten i ów westchnął i odeszli do pracy codziennéj. Ojciec ten zmartwiały, milczący, został sam z trupem jedynaczki swojéj. Słońce tylko ulitowało się tego siwego sieroty i przy-