Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/49

Ta strona została skorygowana.


próbował, zdawało się, że odróżnia chrzęst rozwiązywanego trzosa i liczenie pieniędzy.
Potém ucichło jakoś, a z alkierza wyszedł kupiec bławatny, pas gładząc. Przymrużonemi oczyma spojrzał na Uriela z uśmiechem, odchylającym piękne, wypukłe wargi, i przeszedł dyskretnie mimo ławy na palcach, skrzypiąc świecącemi butami.
Za nim wysunął się stary Goebel, z zafrasowaném obliczem; syna zbudził i, zaprzągłszy z nim szkapę, pożegnał go uściskiem długim, gorączkowym jakimś i, siadłszy na wózek, jechał precz do domu.
Uriel, wytrzymać już dłużéj nie mogąc, rzucił się z pytaniami do wuja... Przeczuwał niebezpieczeństwo jakieś dla siebie, było mu tak, jakby w wodę szedł, nie wiedząc jak głęboka.
Wuj atoli długo nań drwiąco jakoś w milczeniu patrzał, aż naglony, rzekł:
— Nu! co ma być? stary tobie żonę wyszukał.
Chłopiec głowę spuścił, oczy mu zaszły jakąś mgłą wilgotną, w gardle mu zaschło, przełknął ślinę, zachłysnął się i milczał.
Wuj téż, czy ulitował się nad zmieszaniem jego, czy rad był choć krótkiemu jeszcze spoczynkowi w betach, usłanych wysoko, rozmowy nie przedłużał i, kołysząc lekko swoją okazałą postać, z powagą do alkierza szedł.
Chłopiec czas jakiś stał jak martwy. Aż gdy turkot wózka ucichł na drodze, a z alkierza dolatywać poczęło lekkie, nosowe chrapanie kupca bławatnego, uczuł się nagle tak samotnym, tak opuszczonym, że za ojcem biedz chciał i, u progu dopiero opamiętawszy się, zawrócił, na ławę padł z załamanemi nad głową rękami