Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/53

Ta strona została skorygowana.


Zdawało mu się, że ujrzał widmo białe, milczące, a jednak pełne wymowy namiętnéj.
I zdawało mu się, że widzi Kasię, świegocącą na przełazku, jak ptak, i jak ptak zraniony spadającą z połamanemi skrzydły, głęboko pod ziemię...
Echo przyniosło piosenkę jakąś z za rzeki.
Zasłuchał się, wspomnienia poczynały go chwytać potężną siłą. Nie czuł, gdzie jest i co się z nim dzieje.
Przeszłość lat czterech minęła dla niego jak sen, zdawało mu się, że lada chwila ujrzy pstrokatą sukienczynę Kasi i jéj długie, miękkie warkocze, na ramiona niedbale spuszczone.
Wstrzymał oddech, żeby jéj nie spłoszyć; zapatrzył się, jakby olśniony, w przestrzeń daleką.
Naraz drgnął. Szybkie, czające się kroki w pobliżu wyrwały go z zadumy téj, czarów pełnéj.
Spojrzał — przed nim stała stara, zgarbiona wieśniaczka, przebierając suchemi palcami, jakby w zakłopotaniu jakiémś.
Stała i milczała, nie wiedząc, jak go na razie pozdrowić.
Zwykle mawiała ona do ludzi: „pochwalony” — to był żyd jednak, nie godziło się.
Milczała więc chwilę, nareszcie podeszła bliżéj i, odchrząknąwszy, zapytała zniżonym głosem:
— Wyście syn farbiarza?
— Ja. A bo co?
— Dawno się już czaję do was, ano przy ludziach, w dzień, nijako, w nocy znów psa się boję, a tu malec jeść chce, a niema mu kto dać; ja, stara, nie za-