Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/65

Ta strona została skorygowana.


Kumoszki szeptały, uśmiechały się złośliwie, gorszyły, ale niemniéj za serce je chwytała ta ojcowska opieka, jaką farbiarz otaczał chłopca.
W kahale, przeciwnie, ciekawość ta przeradzała się, w miarę zyskiwania podstaw, w jakąś inkwizytorską zaciętość. W tém zagorzałém, fanatyczném gronie fakt istnienia Michałka uważany był za jakąś osobliwą zbrodnię, za jakąś anomalię potworną, którą należało, bądź-co-bądź, zgładzić, zniszczyć, zatrzéć bez śladu.
Zaczęły się tedy napastliwe wycieczki przeciw Urielowi. Farbiarz znosił je cierpliwie. Miłość jego dla chłopca tak wielką była, że rozkosz jéj opłacała mu sowicie doznawane przykrości i zniewagi.
Czuł jednak, że ta siła, która przeciw niemu i chłopcu powstaje, potężną jest — i drżał na myśl, że zgnieść może dziecko. Zaczęły się dla niego dnie niespokojne i noce bezsenne. Myślał, jakby tę burzę zażegnać, nie rozłączając się z chłopcem. W domu téż, cichym dotąd, zaczęły się swary, wymówki, podejrzenia...
Hana, jakby ulegając jakimś podmuchom nienawiści, patrzéć nie mogła na sierotę. Mściła się na nim za smutną zadumę, z jaką Uriel poglądał w dal, jakby w przeszłość zamgloną, za milczenie, które go odosobniało od niéj, za to może nawet, że dzieci dotąd nie miała. Chłopiec zdawał jéj się być żywą zaporą pomiędzy nią a mężem. Zaczęła go téż prześladować z całą zaciętością kobiety zazdrosnéj, namiętnéj.
Dziecko pomizerniało, pobladło, zrobiło się milczące, dzikie. Uriel ukradkiem chwytał je w ramiona i całował i pieścił, bolało go to jednak niezmiernie, że