Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/73

Ta strona została skorygowana.


I rozpływała się w sobie słodyczą niezmierną téj nadziei życia swego.
Tymczasem, wolnym, poważnym krokiem szedł do farbiarni starszy kahału, Mendel Szajnerman.
Był to gość tak niezwykły, że na widok jego Hana krzyknęła głośno; Uriel skinął głową, dotknięty przykrém uczuciem zbliżającéj się katastrofy.
— Przychodzę wedle waszego chłopca — rzekł Szajnerman po kilku wstępnych wyrazach, — sieroty — dodał z uśmiechem wzgardliwym.
Hana zamigotała oczami, ścierając fartuchem najbliższe krzesło dla gościa.
— Ja we Wrocławiu mam znajomego felczera — mówił daléj starszy kahału, siadając na podaném krześle, — nu, tak on rychtyk potrzebuje takiego chłopca jak wasz.
— Na drogę pieniądze się znajdą, niech jedzie.
Uriel wargę przygryzł i milczał. W propozycyi téj poczuł chłodne ostrze niecofnionego wyroku, tak właśnie, jak nieszczęsny seraskier czuje śmiertelny węzeł na obnażonéj szyi, gdy mu z uprzejmém pozdrowieniem i życzeniami szczęścia sułtan przyśle sznurek jedwabny.
Zdobył się jednak biedny człowiek na energię obrony i rzekł:
— Nie, nie chcę, żeby do Wrocławia jechał i u felczera był. Oddam go tu w mieście do ślusarza.
— Co? tu? — zdziwił się Szajnerman; — ja ze starszymi kahału gadał, i z rabinem gadał, i oni powiedzieli, co chłopiec daleko jechać ma.
— Trzymać go u siebie nie będę — odrzekł farbiarz, — ale gdzieś między obcych nie dam go téż.