Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/74

Ta strona została skorygowana.


— Goebel — rzekł tonem napomnienia Szajnerman, — ty z kahałem wojny nie zaczynaj, ty Bogu dziękuj, że się to tak skończy, a chłopca oddaj.
Uriel poczerwieniał, ta groźba dotknęła go do żywego.
— Co mi tam kahał! — zawołał namiętnie. — Wycierpiałem tyle, wycierpię i więcéj, a chłopca na stracenie nie dam.
— Jakie stracenie? co za stracenie? — począł szybko Szajnerman. — Co to gadać takie głupstwa?
A widząc, że farbiarz padł wyczerpany na stołek i milczy, dyplomatycznie zwrócił się do Hany i rzekł:
— Nu, niech się maż namyśli, ja przyjdę jutro.
I skinąwszy głową, wyszedł, z powagą wielką przez podwórze krocząc.
Kiedy przechodził koło szopy, ujrzał Mowszę, rozmawiającego z parobkiem farbiarza. Nagła myśl jakaś zaświeciła mu w oczach. Skinął na wzgardzonego żyda i szedł z nim, już nie w stronę miasteczka, ale wzdłuż rzeki, po samotnéj drożynie, żywemi gestami porozumiewając się w długiéj i cichéj rozmowie.
W izbie tymczasem wybuchnęła Hana potokiem wymówek, łez i narzekań. Uriel, wsparłszy głowę na ręku, jak ogłuszony za stołem siedział. Wszystko więc skończyło się dla niego. Jedyny promyk jego życia zagasa. Odtąd stanie się on własnością wyłączną téj kobiety niekochanéj, która w téj chwili odrazę w nim prawie budziła; dusza jego nie będzie miała gdzie uleciéć, przytulić się, wypocząć. Wszystko się skończyło!
W goryczy cierpienia zdało mu się, jakoby słyszał głos jakiś stary, drżący, złamany, który go po przepaściach wieczności przeklina. I zdało mu się, ja-