Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/87

Ta strona została skorygowana.


— Weź to — przemówił parobek zmienionym głosem — i świeć mi tu nad przeremblem samym.
Michałek smolną drzazgę wziął i pochylił się z tratwy.
— Niżéj! — krzyknął chrapliwie parobek.
Chłopczyna schylił się jeszcze.
Nagle, popchnięty z tyłu, na lód twarzą padł, puszczając z ręki łuczywo, którego płomień zatoczył wielkie, czerwone koła, smolnych iskier pełne.
Mowsza skokiem dzikiego zwierza na dziecko się rzucił i dusić je począł.
Biedactwo wołało na pomoc Franka, potém ojca. Ojciec daleko był, a Franek, na lód z tratwy skoczywszy, stał cały na przód podany, z sinemi pręgami na czole, ze świszczącym oddechem w piersiach, chłonąc w siebie wszystkiemi zmysłami ohydną scenę mordu.
Chłopiec gasnącym głosem jęczał ciszéj coraz; przytomność już tracił, chciał przymknąć oczy, żeby nie widziéć téj okropnéj, rozczerwienionéj twarzy żyda nad sobą, ale nie mógł; przez chwilę zdawało mu się, że wszystkie gwiazdy spadają na ziemię, tyle iskier obaczył i tyle szumu posłyszał... i zdawało mu się, że wszystkie dzwony w miasteczku na gwałt biją. Gorącość jakąś poczuł w piersiach i w gardle, wyprężył się... różowa piana pokazała się na ustach... konał.
Parobek rzucił żydowi worek, którym ten chłopca głowinę okręcił, niewpierw jednak puszczając rękę, jak szpony wszczepioną w delikatną szyję dziecka, aż konwulsyjne drgania drobnego ciała, słabnąc coraz, zupełnie ustały.
Podniósł się wtedy, w łunach krwawych cały, i rękawem otarł z czoła pot, który tèż krwawym mógł być.