Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/88

Ta strona została skorygowana.


Potém schylił się, oderwał od brzegu tratwy rączyny chłopca, który, padając, chwycił się go nieprzytomnie; trupa w przerembel stoczył, a podniósłszy z tratwy żerdź długą, daleko go pod lodem na środek rzeki odepchnął.
Noc była cicha i piękna. Srebrne mgły niosły się w blaskach księżyca nad ziemią. Pies tylko wartownika, jakby przerażony, skowycząc zcicha, rzucił się na pierś śpiącego. Szymek miał sny jakieś różowe... nawznak rozwalony, z przechyloną w tył głową, w pijanéj drzemce bełkotał:
— Ej, Maryś!... a nie mówiłem?
Poczém na drugi bok się przewróciwszy, głośno chrapać począł.
W farbiarni tymczasem, bębniąc z uśmiecham po stole białemi palcami dużéj swojéj ręki, Szajnerman obliczał przegraną, Uriel siedział jak na szpilkach.
Miał on zamiar dziś właśnie chłopca swojego odwiedzić, gość ten popsuł mu wszystkie szyki. Od soboty nie widział już dziecka, tęsknota wzbierała mu w piersiach jakąś gorącą falą, niespokojny był i zdawało mu się, że duszę jego niezmierny ciężar przygniata.
Wreszcie, nie mogąc dotrwać, wyszedł z izby zobaczyć, jak mówił, czy parobek latarnię zagasił.
W szopie było już ciemno. Franek leżał na słomie, z szeroko otwartemi oczami, oddychając ciężko, jak w gorączce.
Farbiarzowi, pytającemu, coby mu było, odpowiedział, że febrę ma — i otulił się kożuchem, odwracając głowę od smugi księżycowego światła, które przez drzwi uchylone do szopy wpadało.