Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/93

Ta strona została skorygowana.


Starzec próg przestąpił i szedł zwolna ku nim, z czołem odkrytém i tonącém w blaskach miesięcznych. Jego siwa, rozwiana broda zlewała się ze srebrnemi tonami księżycowéj nocy; twarz blada i ku niebu zwrócona czyniła go podobnym jakiemuś sennemu zjawisku.
Gdy niedaleko już był, tak, że rysy jego rozpoznać można było, Franek zerwał się i z krzykiem do miasteczka uciekać począł.
Starzec ani przyśpieszył, ani zwolnił kroku.
Szedł, jak idzie konieczność: cichy, poważny, surowy, a idąc, mówił głośno: „Ojcze nasz...”
Przystąpiwszy, schylił się, podjął krzepko z ziemi topielca i zawrócił ku lasowi, kończąc modlitwę cichszym i jakby konającym głosem...

A za nim leciały szumy rzeki, rozdźwięków pełne, i starć niepogodzonych, i wieczystego zatargu.