Strona:PL Morris - Wieści z nikąd.pdf/65

Ta strona została przepisana.


— O nie kupuj pan jeszcze teraz nowego garnituru. Mój pradziadek, uważa pan, jest antykwaryuszem, i zechce pana widzieć tak jak pan jesteś. Nie mogę prawić panu kazań, ale nie powinieneś pan odbierać nam przyjemności studyowania swego ubioru przez upodobnianie się do każdego z żyjących. Czyż nie prawda, że pan sam to czujesz? — spytał poważnie.
Nie uważałem wcale za swój obowiązek wystawiać się jak straszydło na wróble wśród tego, piękno miłującego, ludu, ale spostrzegłem, żem się natknął na jakiś niewykorzeniony przesąd i żeby mi nic nie pomogło spierać się ze swym nowym przyjacielem. Tak więc powiedziałem tylko:
— Oczywiście, oczywiście.
— Lecz przy sposobności — rzekł bardzo mile — możesz pan zobaczyć, jak te stragany wyglądają wewnątrz. Pomyśl pan jeno, czego pan możesz potrzebować.
— Mógłbym dostać tytoniu z fajką? — spytałem.
— Oczywiście — zawołał — gdzież miałem głowę, żeby się pana o to już dawno nie zapytać? Bob zawsze powtarza mi, że my niepalący jesteśmy egoistami, i kto wie, czy nie ma racyi. Ale chodźmy; oto właśnie potrzebny nam stragan.
Mówiąc to ściągnął lejce i zeskoczył, ja zaś poszedłem za nim. Bardzo przystojna kobieta, pięknie ubrana we wzorzysty jedwab, przechodziła zwolna,