Strona:PL Ostatnie dni świata (zbiór).pdf/41

Ta strona została przepisana.


konwulsjach od jednego ołtarza do drugiego; padano na kolana, tarzano się w prochu na kamiennych płytach, modlono się, lub przeklinano. Miarowe bicie w ogromne, miedziane gongi zlewało się ze śpiewami pogrzebowemi i dzikimi krzykami proroków. Tutaj, u podnóża świątyni Ozyrysa, narodził się ten ślepy strach, który później miljony ludzi popchnął do samobójstwa, zanim jeszcze ziemia spotkała się z kometą.
Pogoda była wciąż prześliczna, a słońce wdzierało się nawet w najbardziej zaciemnione zakątki świątyni. Świetliste plamy kładły się na kamiennych stopniach, na posadzkach i murach, metalowe ozdoby rzucały snopy skrzących się promieni, zalane słonecznem światłem marmurowe posągi wydawały się jakby żywe. Gwarne, barwne tłumy nadawały miastu odświętny wygląd. W świątyni Ozyrysa działy się dziwne sceny; podczas gdy w jednym jej kącie odprawiano uroczyste nabożeństwo, w drugim gromada tkaczów, którzy zbiegli się tu z przedmieścia, rozbijała na drobne kawałki figury bożka, deptała nogami większe złomy i rzucała niemi w kolorowe szyby. Błękitny dym, snujący się z wielkich, bronzowych kadzielnic, mieszał się z ciężką, białą kurzawą, podnoszącą się z rozbitych posągów. Już w tych pierwszych dniach paniki wielu ateuszów znalazło się naraz wśród zastępów wierzących, ludzie religijni zaś zamieniali się niespodzianie w nieprzejednanych wrogów milczących bożków. Zajścia przybrały tak dalece groźny nastrój, iż