Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/163

Ta strona została przepisana.

ły perforacje. Przebieg operacji był normalny, przypuszczalnie chłopak będzie uratowany — zapewniał chirurg. Trafna diagnoza, szybki transport i natychmiastowa prawie operacja zadecydowały o życiu chłopca. Gwoli sprawiedliwości muszę zaznaczyć, że wypadki nagłe załatwia Ubezpieczalnia nasza w prawdziwie rekordowym czasie, jak to miało miejsce i w dzisiejszym wypadku.
9. XI.Duplicitas casuum. Wczoraj zapalenie wyrostka u syna u bez pieczonego, dzisiaj podobny wypadek w „praxis aurea“, jakby dla wybitniejszego zaakcentowania kontrastu. Zaznaczam, że czasem przez kilka miesięcy nie zdarza się ani jeden wypadek zapalenia wyrostka w całym rejonie. Sceneria zwykła: licha, chuda szkapina, długi a wąski chłopski wóz, na wozie pierzyna, a pod stosem poduszek i chustek poci się sam pacjent. Jest to chłopak lat około 10-ciu, u którego na pierwszy rzut oka można rozpoznać ciężki, groźny stan. Oczy dziwnie wielkie i poważne w wychudłej, jakby wydłużonej twarzy, nos zaostrzony, o szybko się poruszających skrzydełkach, sinica dookoła ust, w całej twarzy chłopaka czai się dziki strach, by go nie poruszyć, by mu nie zadać bólu. Przy najmniejszym poruszeniu wyrywa się z jego ust przeszywający krzyk, od którego człowiek wzdryga się. Instyktownie chwyta za tętno — tętna nie ma. Ostrożnie odkrywam brzuch, wielki, nadęty, twardy jak deska, o dokładnym obmacaniu go przy gwałtownej reakcji i przenikliwym krzyku nieszczęśliwego chłopca nie ma nawet mowy. Od ojca, rumianego jeszcze młodego parobka dworskiego dowiaduję się, że chłopak zachorował jeszcze przed 3-ma dniami. Od razu miał bardzo silne boleści, wił się na łóżku, krzyczał w niebogłosy i wymiotował bez przerwy. Zebrały się „kumy“ i naraiły mu przyłożyć piasek do brzucha, co też niezwłocznie uczyniono. Gdy boleści nie chciały ustąpić, jedna znana „babka“ doradziła lewatywę z mydła i wody. Ale i to chłopcu nie pomogło. Próbowali jeszcze okład z moczu krowiego na brzuch, dali mu olejek na przeczyszczenie — a chłopak jak krzyczał tak krzyczał. Tak przeleżał w domu całe 3 dni. Nareszcie w czwartym dniu wystarał się ojciec o furmankę i przyjechał do mnie z chorym. I znowu charakterystyczne pytanie parobka: „czy chłopiec wyjdzie z tego? Bo jakby nie miał żyć, to poco go męczyć?“ Sprawa była jasna: chory był niestety stracony. Była to peritonitis — zapalenie otrzewnej: punktem wyjścia był niewątpliwie perforowany wyrostek robaczkowy. W pierwszym dniu choroby, chłopiec poddany operacji byłby prawdopodobnie ocalał, dzisiaj był niechybnie zgubiony. Stałem wobec chorego bezradny, właściwie nim mu pomóc nie mogłem, chyba narkotykami złagodzić mu nieco bóle. Nie chciałem jednak wziąć całej odpowiedzialności na siebie: odesłałem go do szpitala do Ubezpieczalni, do chirurga: może zdecyduje się jeszcze zoperować nieszczęśliwego chłopca, choć oczywistym było, że sprawa jest przegrana. Miasto własnego szpitala nie posiada, zaś szpital Ubezpieczalni zwykł przyjmować w wypadkach nagłych, grożących życiu, także nieubezpieczonych — miałem więc nadzieję, że