Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/263

Ta strona została uwierzytelniona.


wtórował trzask karabinów, świst nozdrzy i gorączkowy oddech walczących. Bartek szalał, jak burza. Osmalony dymem, oblany krwią, podobniejszy do zwierzęcia, niż do człowieka, nie pamiętny na nic, każdém uderzeniem przewracał ludzi, łamał karabiny, rozwalał głowy. Ręce jego poruszały się straszną szybkością machiny, siejącéj zniszczenie. Dotarłszy do chorążego, chwycił go żelaznemi palcami za gardło. Oczy chorążego wyszły na wierzch, twarz nabrzmiała, zacharczał, i ręce jego puściły drzewiec!
— Hurra! — krzyknął Bartek i podniósłszy chorągiew, zakołysał nią w powietrzu.
Ten-to wznoszący się i opadający sztandar widział z dołu generał Steinmetz.
Ale mógł go widzieć tyko przez jedno mgnienieoka, bo w drugiém, Bartek tąż samą chorągwią strzaskał już jakąś głowę nakrytą kepi ze złotym sznurkiem.
Tymczasem towarzysze jego skoczyli już naprzód.
Bartek został przez chwilę sam. Obdarł sztandar; schował go w zanadrze, i chwyciwszy w obie ręce drzewce, rzucił się za towarzyszami.
Gromady turkosów, wyjąc nieludzkiemi głosami, uciekały teraz ku stojącym na szczycie wzgórza armatom, za nimi zaś biegli Maćki, krzycząc, goniąc, tłukąc kolbami i bagnetami.
Żuawi, stojący przy armatach, powitali jednych i drugich karabinowym ogniem.
— Hurra! — krzyknął Bartek.
Chłopi doszli do armat. Zawiązała się przy nich nowa bitwa na białą broń. W téj chwili téż drugi pułk