Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/264

Ta strona została uwierzytelniona.


poznański nadbiegł na pomoc pierwszemu. Chorągwiane drzewce w potężnych łapach Bartka, zmieniło się teraz w jakieś piekielne cepy. Każde ich uderzenie otwierało wolną drogę w ścieśnionych szeregach francuzkich. Przerażenie téż zaczęło ogarniać żuawów i turkosów. W miejscu, w którém walczył Bartek, pierzchli. Po chwili piérwszy Bartek siedział już na armacie, jak na pognębińskiéj kobyle.
Ale nim żołnierze mieli czas dostrzedz go na niéj, on już siedział na drugiéj, przy któréj znów obalił chorążego z chorągwią.
— Hurra Bartek! — powtórzyli żołnierze.
Zwycięztwo było zupełne. Zdobyto wszystkie kartaczownice. Pierzchająca piechota, wpadłszy po drugiéj stronie wzgórza na nowy pruski pułk, złożyła broń.
Bartek zdobył jednak w pogoni trzecią jeszcze chorągiew.
Trzeba go było widzieć, gdy zmęczony, oblany potém i krwią, sapiąc jak miech kowalski, zstępował teraz wraz z innymi ze wzgórza, dźwigając na ramionach trzy chorągwie. Francuzi! hej! co on sobie teraz z nich robił! Obok niego szedł podrapany i pokiereszowany Wojtek, więc Bartek do niego:
— Cóżeś gadał? Toć to robactwo: siły w kościach nijakiéj niéma. Podrapały ta mnie i ciebie, jak kociaki, ale i tyla. A com którego lunął, to ci o ziemię....
— Kto cię wiedział żeś taki zawzięty — odparł Wojtek, który widział czyny Bartka i począł patrzeć na niego zgoła innemi oczyma.
Ale któż tych czynów nie widział. Historya, cały