Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/295

Ta strona została uwierzytelniona.


grubiańskiemi słowy i tak bezczelnie począł wyrzucać państwu swoje rzekome usługi, iż dziwić się tylko należy, że obecny prokurator nie uformował przeciw niemu nowéj sprawy, za obelgi względem sądu i względem niemieckiego plemienia...”
Tymczasem Bartek rozpamiętywał w kozie spokojnie swoje czyny pod Gravelotte, Sedanem i Paryżem.
Popełnilibyśmy jednak niesprawiedliwość, twierdząc, że i postępek p. Boegego nie wywołał żadnéj publicznéj nagany. Owszem, owszem. Pewnego dżdżystego poranku, jakiś poseł polski bardzo wymownie dowodził, jak zmieniło się postępowanie z Polakami w Poznańskiém, jak za męztwo i ofiary, poniesione przez poznańskie pułki w czasie wojny, należałoby dbać więcéj o prawa ludzkości w poznańskiéj prowincyi; jak nakoniec p. Boege z Pognębina nadużywał swéj pozycyi nauczyciela, bijąc polskie dzieci, nazywając je polskiemi świniami i obiecując, że po takiéj wojnie, napływowa ludność będzie kopać nogami aborigenów.
I gdy tak poseł mówił, dészcz sobie padał, a ponieważ takiego dnia senność ludzi ogarnia, więc ziewali konserwatyści, ziewali national-liberalni i socyaliści, ziewało i centrum, bo było to jeszcze przed walką kulturną.
Wreszcie nad tą „polską skargą,” Izba przeszła do porządku dziennego.
Bartek tymczasem siedział w kozie, a raczéj leżał w szpitalu więziennym, bo od uderzenia kamieniem otworzyła mu się rana, jaką na wojnie otrzymał.
Gdy nie miał gorączki, myślał, myślał jak ów indyk,