Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/297

Ta strona została uwierzytelniona.


ła „jakie to ono robactwo szczęśliwe, buja sobie i nie płaci i t. d.” Czasem wzdychała ciężko, lub z jéj pobladłych ust wyrywało się ciche wezwanie: „O Boże! Boże!” Nagle przed wrotami pokazał się spuszczony nos Justa, pod którym widać było spuszczoną fajkę: kobieta pobladła. Just ozwał się:
Morgen!
— Jak się macie panie Just?
— A moje pieniądze?
— O mój złocieńki panie Just, bądźcie cierpliwi. Ja biédna co ja zrobię? Chłopa mi wzięli, karę za niego płacić muszę, rady sobie dać nie mogę. Lepiéjbym zmarła, niż się mam tak męczyć z dnia na dzień. Poczekajcie, mój złocieńki panie Just.
Rozpłakała się i schyliwszy się ucałowała pokornie tłustą, czerwoną rękę pana Justa.
— Pan przyjedzie, to od niego pożyczę, a wam oddam.
— No, a sztraf z czego zapłacicie?
— Czy ja wiem. Chyba krowinę sprzedam.
— To ja wam pożyczę jeszcze.
— Niech panu Pan Bóg zapłaci, mój złoty panie. Pan choć luter, ale dobry człowiek. Sprawiedliwie mówię! Żeby inne Niemcy były jak pan, toby ich człowiek błogosławił.
— Ale ja bez procentu nie dam.
— Ja wiem, ja wiem.
— To mi napiszecie jeden kwit na wszystko.
— Dobrze, złoty panie, Bóg panu zapłać i tak.
— Będę w mieście to sporządzimy akt.