Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/275

Ta strona została uwierzytelniona.


Jej uścisk dłoń mą, by trucizną, parzy,
Wnętrze żre ogień z ócz jej, a z jej twarzy
I piersi wrzącej zabójczy zawiewa
Oddech i w głąb się mojej duszy wlewa,
W mojego serca komórkę zieloną,
Na jego liściach zawisa, aż spłoną —
Aże się zwarzą, grzebiąc w swej ruinie
Rozkwit, co, zanim zdołał przyjść, już ginie.

W niejednym kształcie ziemskim ja, zapału
Pełen, swojego-m szukał ideału.
Znalazłem piękne — ale wdzięki płonne,
Znalazłem mądre — lecz ich słowa wonne
Były nieszczere. Ach! i wierną jednę —
Czemu: nie dla mnie?... Jak to zwierzę biedne,
Ścigane psami, umknąć już nie może,
Ku własnych myśli zwróciłem się sforze.
Broniąc się, ranny i zmęczony, padłem.
l dzień lodowy patrzał na mnie zbladłem
Litości okiem, żem tak legł boleśnie.
Wtem, jak blask świtu, zabłysło mi wcześnie
Oswobodzenie. Przedemną promienny
Stał duch, podobien do mary mej sennej
Tak jak podobne jest lice miesiąca,
Zmienne, do twarzy wieczystego słońca;
Stał niby miesiąc dziewiczy i świeży,
Co na niebieskich wyspach berło dzierzy,
Co swym uśmiechem wszędzie rozkosz budzi;
Stał, błędny ognik, który blaskiem łudzi
Cichym a zimnym; co, zmienny, zostaje
Wieczyście sobą, co ciepła nie daje,
A tylko świeci. Urocza i młoda,