Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/277

Ta strona została uwierzytelniona.


Tak się skradała ponad temi wody,
Aż się w śmiertelne pościnały lody
Te rozpienione fale mojej duszy;
Wśród jakich wstrząśnień i jakich katuszy
Rozwarła ziemia swą paszczę bezdenną
Gdy księżyc twarzą uśmiechał się senną;
Słowa te milczą! Każde łez by rzeką
Było... Nademną niech ci łzy nie cieką!

W puszczy mi obraz objawił się przecie,
Szukany w hańbie i smutku po świecie;
Kiedy się zbliżył, na łany cierniowe
Spłynęła światłość, jak skry porankowe:
A jego widok wlał znów żywot jary
W tę mroczną ziemię i zmarłe konary;
Dołem i górą, gdzie ślad jego drogi,
Ściele i zwiesza się tłum kwiatów błogi,
Jako miłości myśli kiełkującej.
Z jego oddechu, ni promień gorący
Płynie melodya — wszystkie inne dźwięki
Przeniknął dźwięk ten uroczy i miękki,
Że wszystkie wichry zamilkły wokoło.
Z włosów, co wieńcem oplotły mu czoło,
Woń płynie świeża, topiąc mroźne lody
W zimnem powietrzu... Przedziwnej urody,
Jak obraz słońca wcielony, gdy złote
Zmienia się światło w miłosną tęsknotę,
Duch ten chwalebny, przypłynąwszy w grotę,
Gdziem leżał uśpion, wezwie mego ducha:
I sennych członków moich siła krucha
Powstanie z miejsca, wzniesie się nad ziemię,
Ruszona mocą, co pod nimi drzemie —