Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/285

Ta strona została uwierzytelniona.


Tonącą w cieniu wieczornym; źrenice,
Gwiazd nieskażonych tu błyszczą i płoną
Tańczącym w zmroku nietoperzy gronom;
Tutaj nam sama w promykach miesiąca
Igra przed bramą; tutaj noc milcząca
Miarą snów cichych mierzy wolne kroki.
Tu nasza przystań! A gdy lat potoki
Zwiędłych nas godzin, w późny czas przekwitu,
Zasypią liściem, bądźmy dniem, błękitu
Rozpinającym namioty na niebie,
Duszą w tym Raju, świadomymi siebie —
I nierozdzielni i jedni. Oboje
Tymczasem będziem kroczyli, gdzie zdroje
Błyszczą pod niebem iońskiem; tu sami
Brnąć będziem w trawie i piąć się po mchami
Porosłych górach, gdzie w tchnieniu przecichem
Strop wargi swoje łączy z ust kielichem
Ziemi-kochanki; potem u wybrzeży
Spoczniem krzemiennych, w których czerstwy, świeży
Całunek morza takie budzi życie,
Że drżą i skrzą się, jak gdyby w zachwycie.
Tu władać będziem, owładnięci razem
Bujnym przecichej rozkoszy obrazem,
Złączeni z sobą i oddani sobie,
Aż życie w miłość się zmieni. A w dobie
Południa w szarej skryjemy się grocie,
Która snać jeszcze w księżycowem złocie
Wczorajszej nocy się kąpie; do słońca
Tu nie dociera źrenica gorąca —
W grocie, co nocy nas zmrokiem otoczy:
Tu sen niech zmoże niewinne ci oczy,
Sen — świeża rosa miłości spragnionej;