Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/287

Ta strona została przepisana.

Odbierz ode mnie mądre doświadczenie,
Wlej krew gorętszą w słabe pulsów tętno.
Obaczysz z okna twych jasnych pałacy,
Jak ja wesoło piosenkę wywiodę,
Pod cieniem drzewa jak usnę po pracy!
Weź sobie złoto — daj mi lata młode.

Wiem, na czem bogactw zasadza się chluba,
Lecz czuję powab młodzieńczych słodyczy,
Smutno mi widzieć, kiedy moja luba
Na drobnych palcach me lata policzy.
Gdy smutna jesień moją głowę śnieży,
Błagam cię, mędrcze, o letnią pogodę.
Ta, którą kocham, w bogactwa nie wierzy.
Weź sobie złoto — daj mi lata młode.

Lecz próżna, widzę, twoja obietnica:
Tyś zawsze biedny, a ja zawsze stary.
Poczekaj — mówisz — jutro nów księżyca,
Poczniem na nowo zaklęcia i czary.
Choć wiem, że twoja nauka kłamliwa,
Lecz mi potrzeba wiary na osłodę:
Patrz, jak mi zmarszczek po zmarszczku przybywa!
Weź sobie złoto — daj mi lata młode!



NOSTALGIA
CZYLI TĘSKNOTA DO KRAJU.

Rzekliście: Pasterzu! idź z nami ochoczo;
W Paryżu nauki i dziwy najrzadsze,
Osypie cię złoto, starania otoczą,
Zapomnisz swe niwy na świetnym teatrze.
Poszedłem... i patrzcie! ów skwar, co tu płonie,
Jak świeżość wiosenną z mej twarzy wypala!
Ach! wróćcie mi, wróćcie domowe ustronie,
A górom powróćcie górala!