Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. I.djvu/149

Ta strona została przepisana.

na nas zeszła. Temu winny są moje grzechy. Słyszałem dobrze, jak ci w pogoni wołali mnie. szydzili ze mnie, imię moje wygłaszali.
Gertruda zaś miała tylko tę jedną myśl: „Teraz wiem, że bez Ingmara żyć nie mogę, że muszę być zawsze przy nim, a to dla tej pewności, jaka zeń do mnie przechodzi“.
Zwolni zaczęło dnieć, słaby zmrok poranny wnikał do izby i oświecał tyle pobladłych twarzy. Potem ptaszek zaświegotał, a za nim wnet drugi, krowa Ingmara Silnego zaryczała za pokarmem, a kot jego, który podczas tańców nigdy nie spał w izbie, przyszedł pod drzwi i miauczał.
Ale nikt nie ruszył się, zanim słońce-nie zeszło ze wschodu ponad górę. Wtedy jeden po drugim wykradał się, nie mówiąc słowa i nie żegnając się. Przed domem spotkali się z brzydotą zniszczenia. Wielka jodła, która stała przed wejściem do domu leżała na ziemi wyrwana z korzeniami, gałęzie i kłody płotowe rozrzucone były wszędzie po ziemi, kilka nietoperzy i sów rozbiło się o mury.
Na pochyłości Klakbergu drzewa były powyrywano, tak że szeroka droga prowadziła w górę.
Nikt nie ważył rozglądać się, wszyscy spieszyli do wsi. Podczas drogi budził się dokoła poporanek. Była niedziela i ludzie wstawali późno, ale tu i ówdzie ktoś był już wyszedł i karmił bydło.